Jacek Janusz Mrozek · trzy obronione doktoraty 12 egzaminów doktorskich i publicznych obron
Jacek Janusz MrozekDoctor Multiplex

Stopień naukowy

Jak zdobyć doktorat w Polsce, czyli droga od pomysłu do obrony

Przeszedłem tę ścieżkę trzy razy. Poniżej opisuję ją tak, jak wygląda naprawdę, z terminami, kosztami i miejscami, w których najwięcej osób odpada. Bez ubierania tego w akademickie ogólniki.

Czym właściwie jest stopień doktora

Doktor to stopień naukowy, a nie tytuł zawodowy. To rozróżnienie ma znaczenie praktyczne, bo magister, inżynier czy lekarz to tytuły, które dostajesz po ukończeniu studiów, natomiast doktora nadaje się w odrębnym postępowaniu, po ocenie twojego własnego wkładu w naukę. Uczelnia nie sprawdza wtedy, czy zaliczyłeś przedmioty. Sprawdza, czy wniosłeś coś, czego wcześniej nie było. To brzmi górnolotnie, ale w praktyce sprowadza się do prostego pytania zadawanego przez recenzentów: co takiego wiemy dzięki tej pracy, czego nie wiedzieliśmy przedtem. Jeżeli nie umiesz odpowiedzieć na to jednym zdaniem, masz problem i lepiej zmierzyć się z nim wcześnie niż na etapie recenzji.

Warto też wiedzieć, że w polskim systemie zmieniło się sporo. Reforma z 2018 roku, potocznie nazywana ustawą 2.0, zlikwidowała dawne studia doktoranckie i wprowadziła szkoły doktorskie. Zmieniła też nazewnictwo: kiedyś mówiło się o przewodzie doktorskim, dziś mówi się o postępowaniu w sprawie nadania stopnia doktora. Zmieniły się dziedziny i dyscypliny, w których nadaje się stopnie, a razem z nimi wymagania publikacyjne. Jeżeli czytasz starsze poradniki w internecie, część informacji w nich będzie po prostu nieaktualna. Zawsze sprawdzaj regulamin konkretnej uczelni oraz uchwałę rady dyscypliny, bo szczegóły potrafią się różnić między instytucjami mocniej, niż się spodziewasz.

Szkoła doktorska czy tryb eksternistyczny

To pierwsza poważna decyzja i od niej zależy właściwie cały kształt kolejnych lat. Szkoła doktorska to zorganizowane kształcenie, zwykle czteroletnie, z zajęciami, opiekunem naukowym, oceną śródokresową w połowie drogi i stypendium wypłacanym co miesiąc. Tryb eksternistyczny polega na tym, że piszesz rozprawę samodzielnie, we własnym tempie, a potem wszczynasz postępowanie i płacisz za jego przeprowadzenie. Nie ma tu stypendium, nie ma zajęć, nie ma nikogo, kto co miesiąc zapyta o postępy. Dla osoby pracującej zawodowo to często jedyna realna opcja, ale też opcja najbardziej wymagająca charakterologicznie.

Porównanie dwóch dróg do stopnia doktora
KryteriumSzkoła doktorskaTryb eksternistyczny
Czas trwaniaZwykle 4 lata kształceniaNieokreślony, zależy od kandydata
PieniądzeStypendium doktoranckie, kształcenie bezpłatneOpłata za postępowanie po stronie kandydata
Zajęcia i obowiązkiProgram kształcenia, dydaktyka, ocena śródokresowaBrak zajęć, tylko przygotowanie rozprawy
Kontrola postępówStała, ze strony promotora i uczelniPraktycznie żadna do momentu złożenia wniosku
Dla kogoOsoby, które chcą zostać w nauce na stałeOsoby pracujące, praktycy, druga i trzecia specjalizacja

Ja swoje doktoraty robiłem w warunkach łączenia nauki z pracą, więc doskonale wiem, jak wygląda pisanie rozdziału po godzinach. Nie oszukujmy się, to nie jest komfortowe. Z drugiej strony praktyk ma jedną ogromną przewagę nad kimś, kto od licencjatu siedzi w murach uczelni. Widzi problemy, które naprawdę występują, a nie tylko te, które ładnie wyglądają w bibliografii. Ta perspektywa bardzo pomaga przy formułowaniu tematu i przy obronie tezy, bo można pokazać konkretny materiał zamiast wyłącznie rozważań teoretycznych.

Wybór promotora, czyli decyzja ważniejsza niż wybór tematu

Powiem to wprost: promotor jest ważniejszy niż uczelnia i ważniejszy niż temat. Zły promotor potrafi zablokować dobrą pracę na kilka lat, a dobry potrafi uratować pracę, która na starcie była przeciętna. Szukaj kogoś, kto realnie publikuje w twoim obszarze, kto ma za sobą wypromowanych doktorów i kto ma czas. To ostatnie kryterium jest niedoceniane. Profesor obłożony funkcjami administracyjnymi może być życzliwy i mądry, ale jeśli odpowiada na maile raz na sześć tygodni, twoje tempo pracy spadnie do jego tempa odpowiedzi. Sprawdź też, ilu doktorantów prowadzi równolegle, bo przy dwunastu podopiecznych trudno oczekiwać indywidualnego podejścia.

Pierwszy kontakt powinien wyglądać konkretnie. Zamiast pisać, że interesuje cię jego obszar badań, przyjdź z krótkim, jednostronicowym zarysem: problem badawczy, pytanie, wstępna hipoteza, planowana metoda i materiał, do którego masz dostęp. Ten ostatni element robi największe wrażenie, bo pokazuje, że nie zaczynasz od zera. Jeżeli masz dostęp do danych, akt, dokumentacji albo środowiska, do którego inni nie mają wstępu, powiedz o tym w pierwszym zdaniu. To bywa przepustką. Naukowcy uwielbiają materiał, którego nikt jeszcze nie przerobił.

Egzaminy doktorskie i weryfikacja efektów uczenia się

W dawnym systemie egzaminy doktorskie były trzy: z dyscypliny podstawowej, z dyscypliny dodatkowej i z języka obcego nowożytnego. Po reformie uczelnie samodzielnie określają sposób weryfikacji efektów uczenia się, przy czym znajomość języka obcego na poziomie co najmniej B2 pozostaje standardowym wymogiem, potwierdzanym certyfikatem albo egzaminem wewnętrznym. W praktyce oznacza to, że dokładny zestaw egzaminów musisz sprawdzić w swojej instytucji, bo różnice bywają spore. U mnie łącznie na wszystkie trzy postępowania złożyło się dwanaście podejść, licząc egzaminy i publiczne obrony.

Do egzaminu z dyscypliny podstawowej przygotowuje się inaczej niż do egzaminów studenckich. Nie chodzi o odtworzenie podręcznika, tylko o umiejętność poruszania się w literaturze i uzasadniania własnego stanowiska. Komisja lubi pytania otwarte, przy których widać sposób myślenia. Najgorsza możliwa odpowiedź to recytacja definicji bez zrozumienia jej konsekwencji. Znacznie lepiej wypada ktoś, kto powie, że w tej sprawie istnieją dwa konkurencyjne ujęcia, wskaże ich autorów i wyjaśni, dlaczego skłania się ku jednemu z nich. Nawet jeśli komisja się z tym nie zgodzi, doceni samodzielność.

Rozprawa, recenzje i publiczna obrona

Rozprawa doktorska nie musi być monografią liczącą pięćset stron. Może nią być, ale coraz częściej dopuszczalny jest cykl powiązanych tematycznie artykułów naukowych, a w niektórych dyscyplinach także dzieło artystyczne lub projektowe. Kluczowe jest, żeby całość prezentowała ogólną wiedzę teoretyczną kandydata w danej dyscyplinie oraz umiejętność samodzielnego prowadzenia pracy naukowej. Po złożeniu rozprawy trafia ona do recenzentów, zwykle co najmniej trzech, w tym spoza uczelni. Recenzje są jawne i publikowane, co jest istotną zmianą wobec dawnego stanu rzeczy i, moim zdaniem, zmianą bardzo zdrową.

Czekanie na recenzje to najbardziej nerwowy etap całego procesu. Trwa miesiącami, a ty nie masz na nic wpływu. Radzę w tym czasie zająć się czymś zupełnie innym, bo obsesyjne poprawianie tekstu, którego i tak nie da się już zmienić, do niczego nie prowadzi. Sama obrona jest publiczna i wbrew powszechnym obawom rzadko bywa dramatyczna. Zaczyna się od twojego wystąpienia, zwykle dwudziestominutowego, potem czytane są recenzje, potem odpowiadasz na uwagi recenzentów, a na końcu pytania mogą zadać wszyscy obecni. To ostatnie brzmi groźnie, ale pytania z sali są zazwyczaj życzliwe.

  • Przygotuj odpowiedź na każdą uwagę krytyczną z recenzji, nawet drobną, najlepiej na piśmie.
  • Nie kłóć się z recenzentem podczas obrony, przyjmij uwagę i wyjaśnij swoje stanowisko spokojnie.
  • Miej gotowe jedno zdanie odpowiadające na pytanie o wkład własny, bo padnie prawie na pewno.
  • Sprawdź sprzęt i format prezentacji dzień wcześniej, awarie zdarzają się częściej, niż powinny.

Ile to trwa i ile realnie kosztuje

Cztery lata to teoretyczne minimum przy szkole doktorskiej i rzadko udaje się zamknąć sprawę szybciej. W trybie eksternistycznym rozpiętość jest ogromna, od trzech lat do nigdy. Znam osoby, które nosiły otwartą sprawę przez dziesięć lat i ostatecznie odpuściły. Koszty przy trybie eksternistycznym obejmują opłatę za przeprowadzenie postępowania, która na wielu uczelniach sięga kilkunastu tysięcy złotych, a do tego dochodzą wydatki na badania, wyjazdy konferencyjne, opłaty publikacyjne i tłumaczenia. Trzeba też doliczyć koszt ukryty, czyli czas, którego nie poświęciłeś na pracę zarobkową.

Najczęstsze błędy, które obserwuję u kandydatów, powtarzają się z uporem. Zbyt szeroki temat, o którym pisałem na stronie głównej. Zbieranie materiału w nieskończoność, bo zawsze można przeczytać jeszcze jedną książkę. Pisanie rozdziałów po kolei, zamiast zacząć od tego, który jest najlepiej opracowany. Odkładanie kontaktu z promotorem, kiedy sprawy idą źle, choć właśnie wtedy trzeba się odezwać najszybciej. I wreszcie brak jakiegokolwiek harmonogramu, przez co praca rozpływa się w czasie bez wyraźnego momentu, w którym coś miało być skończone.

Jeżeli interesuje cię inna, równoległa ścieżka akademicka, opisałem osobno licencjat kanoniczny, który w systemie kościelnym poprzedza doktorat. Warto też zobaczyć, czym różnią się od tego studia podyplomowe, bo bardzo wiele osób myli te dwie rzeczy przy planowaniu dalszej nauki.

Co naprawdę decyduje o tym, że doktorat zostaje obroniony

Po trzech postępowaniach mam dość jasny pogląd na to, co odróżnia prace skończone od porzuconych. Nie jest to inteligencja i nie jest to nawet pracowitość, choć obie rzeczy pomagają. Decyduje rytm. Osoby, które piszą regularnie, choćby po czterdzieści minut dziennie, kończą. Osoby, które czekają na wolny weekend i natchnienie, nie kończą prawie nigdy. Brzmi to nudno i nieromantycznie, ale tak to działa. Rozprawa doktorska to kilkaset stron tekstu, który musi być spójny, a spójność powstaje wtedy, gdy wracasz do materiału na tyle często, że go pamiętasz. Po trzytygodniowej przerwie połowę czasu tracisz na przypominanie sobie, o co ci właściwie chodziło w poprzednim akapicie.

Druga sprawa to relacja z promotorem, którą trzeba obsługiwać świadomie, jak każdą inną relację zawodową. Wielu doktorantów popełnia ten sam błąd: znika, kiedy nie ma postępów, bo wstydzi się przyznać, że od dwóch miesięcy nic nie napisał. Promotor wtedy zakłada, że sprawa umarła, i przestaje o niej myśleć. Znacznie lepiej napisać krótką wiadomość z informacją, że miesiąc był słaby, ale plan na kolejny wygląda tak i tak. To buduje wrażenie, że projekt żyje. Ja stosowałem prostą zasadę: kontakt co najmniej raz na sześć tygodni, niezależnie od tego, czy mam się czym pochwalić. Kilka razy uratowało mi to tempo pracy, bo sama konieczność napisania takiej wiadomości zmuszała mnie do zrobienia czegokolwiek przedtem.

Trzecia rzecz dotyczy literatury i jest chyba najbardziej kontrowersyjna. W pewnym momencie trzeba przestać czytać. Nie na zawsze, ale na tyle długo, żeby napisać własny tekst. Istnieje taki stan, w którym kandydat czyta coraz więcej, wie coraz więcej i pisze coraz mniej, bo każda nowa pozycja podważa mu koncepcję. To pułapka bez dna, ponieważ literatura przyrasta szybciej, niż jesteś w stanie ją przerobić. Moment odcięcia trzeba wyznaczyć samodzielnie i świadomie. Ja robiłem to tak, że po zebraniu podstawowego korpusu tekstów zamykałem etap zbierania i przechodziłem do pisania, dopisując nowe pozycje wyłącznie wtedy, gdy naprawdę zmieniały obraz sprawy. Reszta trafiała do osobnego pliku na później.

Warto też powiedzieć o czymś, o czym prawie nikt nie uprzedza. Doktorat zmienia relacje z ludźmi wokół. Część znajomych przestaje rozumieć, czym się zajmujesz, i po dwóch latach przestaje pytać. W pracy zawodowej niekoniecznie ktoś to doceni, a czasem wręcz potraktuje jako sygnał, że planujesz odejść. W domu pojawia się napięcie, bo weekendy przestają być weekendami. Trzeba to przewidzieć i przegadać z bliskimi zanim się zacznie, a nie w trzecim roku, kiedy wszyscy są już zmęczeni. Moja żona Anna wiedziała, na co się piszemy, i to nie była wiedza teoretyczna, bo przy trzecim doktoracie miała już pełny obraz sytuacji. Bez tej zgody nic by z tego nie wyszło.

Na koniec kwestia sensu. Doktorat nie jest przepustką do lepszej pensji, przynajmniej nie automatycznie. W wielu branżach nikt nie zapłaci ci więcej za sam stopień. Daje natomiast coś innego, co trudno wycenić: prawo głosu w sprawach, w których wcześniej byłeś tylko słuchaczem. Możesz recenzować, opiniować, uczyć, prowadzić badania i sygnować swoim nazwiskiem opracowania, które ktoś potraktuje poważnie. Dla mnie największą wartością okazała się jednak sama metoda pracy. Nauczyłem się rozbierać skomplikowany problem na części, sprawdzać źródła i nie przyjmować twierdzeń na słowo. Tego używam codziennie, znacznie częściej niż samego tytułu przed nazwiskiem. Jeżeli chcesz zobaczyć, jak ta droga wyglądała u mnie od strony liczb i etapów, wszystko zebrałem na stronie startowej, a osobno opisałem też aplikację kontrolerską NIK, która nauczyła mnie rzeczy zupełnie innych niż uczelnia.