Jacek Janusz Mrozek · pięć rodzajów studiów podyplomowych 68 zaliczeń i egzaminów na tym etapie
Jacek Janusz MrozekDoctor Multiplex

Kształcenie dorosłych

Studia podyplomowe, przez które przeszedłem pięć razy

Pięć kierunków, 68 zaliczeń i egzaminów, kilkanaście lat rozłożone na raty. Wiem, co te studia dają, a czego nie dają, mimo że foldery rekrutacyjne obiecują znacznie więcej.

Czym są studia podyplomowe i czym na pewno nie są

Studia podyplomowe to forma kształcenia przeznaczona dla osób, które ukończyły już studia wyższe. Kończą się świadectwem, a nie dyplomem, i nie nadają żadnego tytułu zawodowego ani stopnia naukowego. Nie zostajesz przez nie magistrem, nie zostajesz doktorem i nie zostajesz też automatycznie specjalistą w nowej dziedzinie. To jest pierwsza rzecz, którą trzeba sobie powiedzieć uczciwie, bo wiele osób zapisuje się z zupełnie innym wyobrażeniem. Świadectwo potwierdza, że zrealizowałeś określony program i osiągnąłeś opisane w nim efekty uczenia się. Tyle i aż tyle.

Program musi obejmować co najmniej dwa semestry i odpowiednią liczbę punktów ECTS, przy czym w praktyce spotyka się kierunki roczne, półtoraroczne i dwuletnie. Zajęcia odbywają się najczęściej w trybie zjazdowym, w weekendy, coraz częściej częściowo zdalnie. Grupy bywają bardzo różnorodne wiekowo i zawodowo, co jest zresztą jedną z największych zalet tej formy nauki. Na jednych z moich studiów siedziałem obok osoby po dwudziestce i obok kogoś, kto był piętnaście lat starszy ode mnie, i obie te osoby wnosiły do dyskusji coś, czego wykładowca nie mógł dostarczyć.

Kiedy studia podyplomowe naprawdę dają uprawnienia

To jest sedno całej sprawy i miejsce, w którym najłatwiej stracić pieniądze. Część kierunków rzeczywiście prowadzi do konkretnych uprawnień, bo tak stanowią przepisy branżowe. Klasyczny przykład to przygotowanie pedagogiczne, bez którego nie można uczyć w szkole, albo kwalifikacje do nauczania kolejnego przedmiotu. Podobnie działa to w niektórych obszarach związanych z bezpieczeństwem, rachunkowością czy zarządzaniem oświatą. W tych przypadkach świadectwo ma wartość formalną, bo jakiś przepis wprost się do niego odnosi.

Znacznie liczniejsza jest jednak druga grupa, czyli kierunki, które dają wiedzę, ale żadnych uprawnień. Nie znaczy to, że są bezwartościowe. Znaczy tylko tyle, że nikt cię nie zatrudni wyłącznie z powodu ich ukończenia. Zanim wpłacisz czesne, wykonaj proste ćwiczenie: znajdź przepis albo wymóg rekrutacyjny, który odnosi się do tego konkretnego świadectwa. Jeśli go nie ma, kupujesz wiedzę i kontakty, a nie przepustkę. To wciąż może być dobra decyzja, ale musisz ją podejmować świadomie, a nie na podstawie hasła z ulotki.

Trzy typy studiów podyplomowych według tego, co realnie dają
TypCo dostajeszDla kogo ma sens
UprawnienioweŚwiadectwo wymagane wprost przez przepisy branżoweOsoby, które bez tego papieru nie mogą wykonywać zadania
Kwalifikacyjne branżowoWiedzę uznawaną w środowisku, choć nieobowiązkowąOsoby zmieniające specjalizację wewnątrz swojej branży
PoznawczeWiedzę, kontakty i uporządkowanie tematuPraktycy, którzy chcą pogłębić obszar, w którym już działają

Ile to kosztuje i skąd wziąć pieniądze

Rozpiętość cen jest duża i zależy od uczelni, kierunku oraz liczby godzin. Kierunki humanistyczne i pedagogiczne bywają najtańsze, techniczne i menedżerskie zdecydowanie droższe, a programy z certyfikatami zewnętrznymi potrafią kosztować kilkukrotnie więcej niż przeciętna oferta. Do czesnego trzeba doliczyć dojazdy, noclegi przy zjazdach oraz materiały. Przy nauce w innym mieście te koszty potrafią dorównać samemu czesnemu, o czym mało kto pamięta przy podejmowaniu decyzji, a różnica bywa naprawdę odczuwalna dla domowego budżetu.

Źródeł finansowania jest więcej, niż się wydaje. Pracodawcy często pokrywają część albo całość kosztów, zwłaszcza gdy kierunek wiąże się bezpośrednio ze stanowiskiem, a rozliczenie odbywa się na podstawie umowy określającej okres pozostania w firmie. Istnieją też publiczne środki przeznaczone na kształcenie dorosłych, dystrybuowane przez urzędy pracy oraz w ramach programów wsparcia rozwoju zawodowego. Warunki zmieniają się co jakiś czas, więc zawsze sprawdzaj aktualny stan przed rekrutacją. Warto o to pytać wprost w dziekanacie, bo tam wiedzą, z jakich mechanizmów korzystali poprzedni słuchacze.

Jak wybrać kierunek, żeby potem nie żałować

Moja metoda jest prosta i sprawdziła się przy wszystkich pięciu kierunkach. Zaczynam od pytania, jakie zadanie chcę móc wykonywać po zakończeniu nauki, a nie od pytania, co brzmi ciekawie. Potem sprawdzam, kto prowadzi zajęcia. Nazwiska wykładowców mówią o programie więcej niż opis programu, bo praktyk uczy inaczej niż osoba znająca temat wyłącznie z literatury. Następnie szukam kogoś, kto ten kierunek skończył, i pytam bez ogródek, czy zrobiłby to jeszcze raz. Odpowiedź na to jedno pytanie oszczędziła mi kiedyś kilku tysięcy złotych.

  • Sprawdź, ile godzin zajęć faktycznie prowadzą praktycy, a ile teoretycy.
  • Zapytaj o formę zaliczenia końcowego, bo praca dyplomowa to zupełnie inne obciążenie niż test.
  • Policz łączny czas dojazdów w skali roku, nie w skali jednego zjazdu.
  • Zweryfikuj, czy uczelnia ma prawo prowadzić dany kierunek i wydawać świadectwo o określonej treści.
  • Nie sugeruj się wyłącznie ceną, bo najtańsza oferta bywa najtańsza z konkretnego powodu.

Jeżeli myślisz o studiach podyplomowych jako o przygotowaniu do dalszej pracy naukowej, sprawdź opracowanie o drodze do doktoratu. Te dwie formy kształcenia często się myli, a prowadzą w zupełnie inne miejsca i wymagają zupełnie innego nakładu pracy.

Błędy, które widzę najczęściej

Pierwszy błąd to zapisywanie się z rozpędu, tuż po obronie magisterki, kiedy człowiek jest jeszcze w trybie studenckim i boi się przerwy. Rok pracy zawodowej często całkowicie zmienia obraz tego, czego naprawdę potrzebujesz. Drugi błąd to wybieranie kierunku dla samego wpisu w życiorysie. Rekruterzy patrzą na to obojętnie, jeśli nie widzą związku z pozostałą częścią twojej ścieżki. Trzeci błąd to niedoszacowanie obciążenia, zwłaszcza przy małych dzieciach w domu. Weekendy znikają na rok albo dwa i to trzeba przegadać z rodziną wcześniej, a nie w listopadzie, kiedy zaczyna się zmęczenie.

Czwarty błąd dotyczy pracy końcowej. Wiele osób zostawia ją na ostatni miesiąc, po czym okazuje się, że temat wymaga zebrania danych, których nie da się zdobyć w trzy tygodnie. Ja zawsze ustalałem temat na pierwszym zjeździe, żeby przez cały rok zbierać materiał przy okazji pracy zawodowej. Piąty błąd polega na traktowaniu zjazdów wyłącznie jako obowiązku do odbębnienia. Największą wartością tych studiów bywają ludzie w sali, a nie slajdy na ekranie. Kontakty stamtąd zostają na lata i wielokrotnie okazywały się przydatniejsze niż sama treść zajęć.

Co daje kilkanaście lat nauki po godzinach, a czego na pewno nie daje

Pięć kierunków podyplomowych to w moim przypadku kilkanaście lat weekendów rozłożonych nierównomiernie, z przerwami i powrotami. Kiedy patrzę na to z dystansu, najbardziej zaskakuje mnie, jak niewiele z tego pamiętam w formie szczegółowej wiedzy. Konkretne przepisy się zmieniły, część teorii się zdezaktualizowała, a notatki z pierwszych kierunków są dziś głównie dokumentem historycznym. Zostało natomiast coś innego, czego nie spodziewałem się na początku. Zostały schematy myślowe, sposoby dochodzenia do rozwiązania i wyczucie, w którym miejscu w danej dziedzinie zwykle leży problem. To jest wiedza, która nie starzeje się tak szybko i którą wykorzystuję znacznie częściej niż zapamiętane definicje.

Trzeba też powiedzieć o rzeczy, o której nie mówi się głośno na dniach otwartych. Kształcenie po godzinach ma swój koszt zdrowotny i rodzinny. Człowiek pracuje pięć dni, potem jedzie na zjazd, wraca w niedzielę wieczorem i w poniedziałek zaczyna od nowa. Przy jednym kierunku to do zniesienia. Przy kilku, jeden po drugim, robi się z tego styl życia, w którym odpoczynek jest czymś, co się planuje na później. Ja to później odkładałem wielokrotnie i nie polecam tego jako wzorca. Gdybym miał układać to jeszcze raz, robiłbym roczne przerwy między kierunkami, świadomie, a nie dlatego, że coś mi wypadło. Ciało i głowa upominają się o swoje w najmniej wygodnym momencie.

Wartość, którą doceniłem najpóźniej, to różnorodność grup. Na studiach magisterskich siedzisz z ludźmi w podobnym wieku i o podobnym doświadczeniu, czyli w praktyce z nikim, kto zna świat inaczej niż ty. Na podyplomowych jest odwrotnie. W jednej sali znajdziesz osobę prowadzącą własną firmę, urzędnika, nauczyciela z dwudziestoletnim stażem i kogoś, kto właśnie zmienia branżę po wypaleniu. Dyskusja na zajęciach nabiera wtedy zupełnie innej temperatury, bo każdy patrzy na ten sam problem z własnej strony. Nauczyłem się z tych rozmów rzeczy, których żaden wykładowca nie mógłby przekazać, po prostu dlatego, że nie miał takiego doświadczenia. Jeżeli traktujesz zjazd jako obowiązkową odsiadkę i wychodzisz zaraz po dzwonku, tracisz połowę tego, za co zapłaciłeś.

Osobna kwestia to relacja tej formy nauki do pracy naukowej. Ludzie regularnie mylą studia podyplomowe ze szkołą doktorską albo zakładają, że jedno prowadzi do drugiego. Nie prowadzi. To dwie różne rzeczy o różnych celach. Podyplomówka ma cię przygotować do wykonywania zadania, a doktorat ma sprawdzić, czy potrafisz samodzielnie prowadzić badania i wnieść coś nowego. Nie da się przejść z jednego na drugie po skrócie. Zdarzało mi się jednak, że temat poruszony na zjeździe podsunął mi później pytanie badawcze, którym zająłem się poważnie. W tym sensie te formy się uzupełniają, ale trzeba wiedzieć, w którym momencie kończy się jedna, a zaczyna druga.

Gdyby ktoś zapytał mnie dziś, czy warto, odpowiedziałbym pytaniem o cel. Jeśli chodzi o uprawnienie zapisane w przepisie, sprawa jest prosta i decyzja właściwie zapada sama. Jeśli chodzi o zmianę branży, studia podyplomowe pomagają, ale same nie wystarczą i trzeba równolegle budować doświadczenie, choćby przy niewielkich projektach. Jeśli natomiast chodzi o poczucie, że trzeba się rozwijać, bo tak wypada, radzę najpierw dokładnie policzyć, ile weekendów oddasz. Ta liczba zwykle robi większe wrażenie niż czesne. Ja swoje weekendy oddałem i nie uważam tego za stratę, ale zapłaciła za to również moja rodzina. Warto mieć tego świadomość, zanim się podpisze umowę. Całą moją ścieżkę edukacyjną z podziałem na etapy pokazuję na stronie startowej, a najbardziej praktyczny z tych etapów, czyli aplikację kontrolerską NIK, opisałem osobno.