Jacek Janusz Mrozek · licencjat kanoniczny 27 zaliczeń i egzaminów na tym etapie
Jacek Janusz MrozekDoctor Multiplex

Stopień kościelny

Licencjat kanoniczny, czyli stopień, który myli praktycznie wszystkich

Kiedy mówię, że mam licencjat kanoniczny, ludzie zwykle kiwają głową ze zdziwieniem, bo wiedzą, że mam też doktoraty. W ich głowach licencjat to trzy lata studiów i tytuł niższy od magistra. Tymczasem w systemie kościelnym jest dokładnie odwrotnie.

Dwa różne systemy, jedna myląca nazwa

Cały problem bierze się stąd, że w Polsce funkcjonują równolegle dwa systemy nadawania stopni. Pierwszy to system państwowy, w którym po trzech latach studiów pierwszego stopnia otrzymujesz tytuł zawodowy licencjata, potem magistra, a dopiero potem możesz starać się o stopień doktora. Drugi to system kościelny, oparty na prawie kanonicznym i konstytucji apostolskiej regulującej działalność uczelni kościelnych. Tam kolejność wygląda inaczej: najpierw bakalaureat, następnie licencjat kościelny, a na końcu doktorat. Licencjat kanoniczny leży więc pomiędzy magisterium a doktoratem, a nie przed nimi.

Ta sama nazwa oznacza zatem coś zupełnie innego w zależności od tego, o którym systemie mówimy. Nie jest to niedopatrzenie, tylko konsekwencja tego, że uczelnie kościelne zachowały własną, znacznie starszą tradycję nazewnictwa. Słowo licentia oznaczało kiedyś pozwolenie na nauczanie, licentia docendi. Ktoś, kto otrzymywał ten stopień, dostawał formalne prawo do wykładania danej dyscypliny. To znaczenie zostało do dziś i nadal ma praktyczne konsekwencje, o czym piszę niżej.

Licencjat świecki a licencjat kanoniczny
CechaLicencjat świeckiLicencjat kanoniczny
CharakterTytuł zawodowyKościelny stopień naukowy
Miejsce w hierarchiiPrzed magisteriumPo magisterium, przed doktoratem
Podstawa prawnaPrawo o szkolnictwie wyższymPrawo kanoniczne i przepisy Stolicy Apostolskiej
Typowy czas trwaniaTrzy lata studiówZwykle dwa lata po magisterium
ZakończenieObrona pracy dyplomowejPraca licencjacka oraz egzamin przed komisją
Kto nadajeUczelnia świeckaWydział kościelny posiadający odpowiednie uprawnienia

Gdzie w Polsce można zdobyć ten stopień

Stopnie kościelne nadają wydziały mające uprawnienia zatwierdzone przez Stolicę Apostolską. W Polsce dotyczy to przede wszystkim wydziałów teologicznych oraz wydziałów prawa kanonicznego funkcjonujących przy kilku uczelniach o charakterze kościelnym lub przy uniwersytetach posiadających takie wydziały. Nie każdy kierunek związany z religią daje taką możliwość, dlatego przed rekrutacją trzeba sprawdzić, czy dana jednostka rzeczywiście ma uprawnienia do nadawania stopni kanonicznych. Studia świeckie z religioznawstwa czy nauk o rodzinie nie prowadzą do tego stopnia, choć bywają z nim mylone.

Wbrew obiegowej opinii nie trzeba być duchownym. Osoby świeckie stanowią całkiem sporą grupę wśród studiujących na tych kierunkach, zwłaszcza na prawie kanonicznym, gdzie sporo osób przychodzi z wykształceniem prawniczym i traktuje to jako uzupełnienie kompetencji. Warunkiem wstępnym jest zwykle posiadanie magisterium z teologii albo z kierunku uznanego za wystarczający, przy czym w praktyce często wymagane jest uzupełnienie części przedmiotów, jeśli twoje wcześniejsze wykształcenie było świeckie. To normalne i nie ma się czym zrażać, choć wydłuża drogę o rok albo dwa.

Jak wygląda nauka i sam egzamin licencjacki

Program obejmuje zwykle dwa lata zajęć o charakterze specjalistycznym, znacznie węższych niż na studiach magisterskich. Zamiast szerokiego przeglądu dostajesz seminaria, na których pracuje się nad konkretnymi zagadnieniami, źródłami i orzecznictwem. U mnie ten etap zamknął się w dwudziestu siedmiu zaliczeniach i egzaminach, co przy dwuletnim cyklu daje pojęcie o intensywności. Dużo pracy własnej, dużo czytania tekstów źródłowych, w tym łacińskich, bo prawo kanoniczne w oryginale jest po łacinie i tłumaczenia bywają w szczegółach różne.

Sam egzamin licencjacki różni się od tego, co znasz ze studiów świeckich. Zwykle składa się z części pisemnej i ustnej, przy czym część ustna obejmuje szeroki zakres materiału ujęty w publikowanych wcześniej tezach. Kandydat dostaje listę zagadnień, czasem kilkadziesiąt, i musi być gotowy na każde z nich. Na niektórych wydziałach elementem egzaminu jest wykład wygłaszany przed komisją, czyli lectio coram, w którym trzeba samodzielnie przedstawić i uzasadnić stanowisko w wylosowanym zagadnieniu. To ćwiczenie bardzo trudne, bo sprawdza nie tylko wiedzę, ale też umiejętność jej uporządkowanego przekazania w ograniczonym czasie.

Kolejnym krokiem po licencjacie kościelnym jest doktorat, także w systemie kanonicznym. Zasady prowadzenia takiego postępowania różnią się od procedury świeckiej, którą opisałem w opracowaniu o zdobywaniu doktoratu. Warto porównać obie ścieżki, zanim wybierzesz kierunek dalszej nauki.

Do czego uprawnia licencjat kanoniczny

Najważniejsze uprawnienie ma charakter dydaktyczny. Prawo kościelne wymaga, aby osoby wykładające dyscypliny teologiczne i prawo kanoniczne w seminariach duchownych oraz na wydziałach kościelnych posiadały odpowiedni stopień, przy czym licencjat kościelny stanowi tu zwykle minimum. Bez niego można prowadzić zajęcia pomocnicze, ale nie wykład z przedmiotu głównego. Drugie istotne uprawnienie dotyczy sądownictwa kościelnego. Sędziowie i obrońcy węzła w sądach biskupich muszą legitymować się stopniem z prawa kanonicznego, a licencjat spełnia ten wymóg.

Poza tymi dwoma obszarami stopień przydaje się wszędzie tam, gdzie trzeba zrozumieć wewnętrzną logikę instytucji kościelnych. Dotyczy to na przykład spraw majątkowych parafii, kwestii związanych z prowadzeniem szkół katolickich czy zagadnień na styku prawa państwowego i kanonicznego. Ten styk jest znacznie szerszy, niż się powszechnie sądzi, i regularnie pojawia się w praktyce prawniczej. Osoba, która rozumie oba systemy jednocześnie, ma tu przewagę, której nie zastąpi żaden kurs weekendowy. To zresztą jeden z powodów, dla których sam poszedłem tą drogą.

Najczęstsze błędy i nieporozumienia

  • Wpisywanie tego stopnia w CV bez wyjaśnienia, przez co rekruter uznaje go za niższy od magisterium.
  • Zakładanie, że stopień kościelny automatycznie daje uprawnienia w systemie państwowym, co nie jest prawdą.
  • Rozpoczynanie nauki bez sprawdzenia, czy wydział ma faktyczne uprawnienia do nadawania stopni kanonicznych.
  • Lekceważenie łaciny, która przy pracy ze źródłami okazuje się codziennym narzędziem, a nie ozdobnikiem.
  • Traktowanie egzaminu licencjackiego jak zwykłej sesji, podczas gdy obejmuje on materiał z całego cyklu.

Do tego dochodzi jeszcze jedno nieporozumienie, tym razem po stronie samych zainteresowanych. Wiele osób przychodzi na te studia z przekonaniem, że skoro dotyczą spraw religijnych, będą łatwiejsze albo mniej wymagające formalnie. Jest odwrotnie. Precyzja pojęciowa w prawie kanonicznym bywa większa niż w niejednej gałęzi prawa świeckiego, bo za każdym terminem stoi kilkusetletnia tradycja interpretacyjna. Sformułowanie, które brzmi zwyczajnie, może mieć bardzo wąskie i bardzo konkretne znaczenie techniczne. Dopóki się tego nie wyczuje, człowiek chodzi po polu minowym.

Dlaczego zdecydowałem się na drogę przez stopnie kościelne

Nie zaczynałem od teologii ani od prawa kanonicznego. Doszedłem do tego okrężnie, przez lata pracy i przez pytania, na które nie znajdowałem odpowiedzi w źródłach, którymi się wtedy posługiwałem. Im dłużej pracowałem na styku instytucji publicznych i wspólnot kościelnych, tym częściej trafiałem na sprawy, w których wykształcenie świeckie mi nie wystarczało. Można oczywiście zapytać kogoś, kto się na tym zna, i tak robiłem przez pewien czas. Problem polega na tym, że przy skomplikowanych zagadnieniach człowiek nie umie nawet dobrze sformułować pytania, jeśli nie zna podstaw. Odpowiedź trafia wtedy obok sedna, nie z winy odpowiadającego, tylko dlatego, że pytanie było źle postawione.

Drugi powód był bardziej osobisty i nie mam zamiaru go ukrywać, bo byłaby to nieszczerość. Wiara jest dla mnie fundamentem i sam mówię wprost, że ojcem mojego sukcesu naukowego jest Bóg, a matką rodzina. Skoro tak to widzę, naturalne wydało mi się, żeby poznać tę sferę nie tylko od strony praktyki religijnej, ale też intelektualnie, z całym aparatem pojęciowym i całą historią sporów, które się w niej toczyły. To bardzo zmienia perspektywę. Rzeczy, które wcześniej przyjmowałem po prostu, okazały się wynikiem długich procesów, decyzji i czasem dramatycznych rozstrzygnięć. Trudno wrócić do wcześniejszego, uproszczonego oglądu, kiedy raz się to zobaczy.

Nauka na wydziale kościelnym różni się rytmem od studiów świeckich, do których byłem przyzwyczajony. Grupy są mniejsze, kontakt z wykładowcą bliższy, a dyskusja podczas seminarium potrafi zejść na poziom szczegółu, który z zewnątrz wygląda na dzielenie włosa na czworo. Z początku mnie to irytowało. Po jakimś czasie zrozumiałem, skąd się bierze. W systemie, w którym pojedyncze sformułowanie może rozstrzygać o ważności czynności prawnej albo o statusie osoby, precyzja nie jest fanaberią, tylko obowiązkiem. Ta lekcja przydała mi się później wszędzie, także przy pracy nad rozprawami doktorskimi, gdzie nauczyłem się zwracać uwagę na to, jak formułuję tezy.

Nie ukrywam też trudności. Łacina była dla mnie barierą i przez pierwszy rok czułem się z nią fatalnie, wracając do tabel gramatycznych jak uczeń. Nadrabianie braków w wieku dorosłym ma to do siebie, że człowiek świetnie wie, ile jeszcze przed nim, i ta świadomość potrafi zniechęcać skuteczniej niż sama trudność materiału. Pomogło mi rozbicie tego na bardzo małe porcje i zaakceptowanie, że nie będę czytał płynnie, tylko będę czytał wolno i ze słownikiem. Wolno też się liczy. Druga trudność dotyczyła czasu, bo ten etap nakładał się na inne obowiązki i wymagał ustawienia priorytetów w sposób, którego moja rodzina nie zawsze musiała lubić.

Jeżeli zastanawiasz się nad tą ścieżką, poradziłbym trzy rzeczy. Po pierwsze, porozmawiaj z kimś, kto już ten stopień ma, i zapytaj wprost o obciążenie oraz o to, co robi z nim dzisiaj. Odpowiedź na drugie pytanie bywa bardzo pouczająca. Po drugie, sprawdź dokładnie wymagania wstępne konkretnego wydziału, bo różnice między jednostkami są realne, a wyrównywanie braków potrafi dołożyć cały rok. Po trzecie, przemyśl, czy zależy ci na uprawnieniach, czy na wiedzy, bo to prowadzi do różnych decyzji. Jeśli chodzi o wiedzę, część rzeczy da się zdobyć taniej i szybciej innymi drogami. Jeśli chodzi o uprawnienia, alternatywy nie ma i trzeba przejść całą procedurę. U mnie chodziło o jedno i drugie, więc wybór był prosty. Jak ten etap wpisuje się w całość mojej drogi, opisałem na stronie startowej, a o zupełnie innym typie kształcenia, znacznie bardziej praktycznym, piszę przy okazji studiów podyplomowych.